fbpx
Inspiracje

ONI WAS ZAINSPIRUJĄ! ? TADEUSZ MAJEWSKI

Ta historia przyszła do nas sama i od razu pomyśleliśmy, że koniecznie musimy się nią z Wami podzielić. Kto wie, może stanie się ona nawet początkiem całej serii podobnych opowieści? Ale od początku…

Na forach internetowych nietrudno natrafić na informacje dotyczące znanych osób (aktorów, pisarzy, sportowców itp.), które przeszły na dietę wegetariańską lub wegańską. Ich świadectwa działają mobilizująco na zwolenników tych diet; są też motywacją dla tych, którzy nad rezygnacją z mięsa czy produktów pochodzenia zwierzęcego dopiero się zastanawiają. Jednak, jak się okazuje, źródłem niezwykle inspirujących historii mogą być również tak zwani “zwykli” ludzie.

Na grupie facebookowej skupiającej wegan i wegetarian jeden z użytkowników zapytał:

Czy jest tu jakiś żołnierz? Można pogodzić służbę w wojsku i wegetarianizm?

W odpowiedzi nasz dzisiejszy bohater napisał:

40 lat temu bylem w wojsku jako weganin. Wymieniałem się na surówki w zamian za kotlety. Nie ma problemu. Przeżyłem. Byłem w tym samym czasie instruktorem Kyokushin karate. Jeśli masz determinację, to dasz radę. Mam teraz 60 lat i w dalszym ciągu jestem weganinem. Powodzenia.

Komentarz ten otrzymał setki polubień, a my pomyśleliśmy: to jest wspaniałe! Ten człowiek w kilku prostych zdaniach napisał, że jeśli tylko się chce, to wszystko jest możliwe. Tak po prostu, bez wielkiego halo, zgodnie z zasadą, że “kto chce, szuka sposobu, kto nie chce, szuka powodu”. I pokazał, że najlepszym sposobem na różne “nie-da-sie” jest determinacja.

Ten zwykły człowiek, a jednocześnie dla wielu osób najprawdziwszy “bohater dnia codziennego” nazywa się Tadeusz Majewski, a nam udało się go namówić, by trochę o sobie opowiedział:

 

Namówiono mnie do napisania krótkiej historii mojej drogi do weganizmu. Nie jest to takie proste, gdyż zawsze traktowałem to jako bardzo prywatną część mojego życia…

Wychowywałem się w ciekawej rodzinie. Ojciec pochodził z Wilna. Ten Polak z dziada pradziada i oddany patriota w 1948 roku został za działalność antykomunistyczną wywieziony do sowieckiego łagru na granicy z Kazachstanem. Tam poznał moją matkę, Rosjankę, w której się zakochał i którą po śmierci Stalina i amnestii dla wielu więźniów politycznych tamtego okresu zabrał do Polski. Rodzice wychowywali mnie w liberalnej, chrześcijańskiej atmosferze. Ojciec katolik, matka prawosławna. Mimo ich własnych, tragicznych doświadczeń, obydwoje mieli raczej centro-lewicowe poglądy, ale w większości kwestii byli bardzo tradycyjni, włączając w to dietę bazującą na mięsie, nabiale i ogromnej ilości cukru. Po moim urodzeniu byłem karmiony tak jak większość ówczesnych dzieci. Przyznam się, że nie przepadałem za mięsem i jajkami, bo zawsze przeszkadzały mi w nich jakieś widoczne niedoskonałości lub zapachy.

W wieku 13 lat wyjechałem z mojego rodzinnego Olsztyna do Warszawy, aby uczyć się w Liceum Poligraficznym. Mieszkałem w internacie, a raczej bursie szkolnictwa zawodowego na rogu ul. Okopowej i Stawek. Tam właśnie zaczęła się moja gehenna i świadomościowa transformacja. Wstrętne jedzenie na stołówce bazowało na potrawach, które nie były mi znane z domu. Były to w szczególności: salceson, kaszanka, czernina i smalec. To był dramat. Oprócz tego podawano też często wątróbkę, której także nie znosiłem, więc często wymieniałem ją na jabłko lub chleb z dżemem.

Któregoś dnia naprzeciwko mojej bursy, w szkole podstawowej, zobaczyłem przez okno trening karate. To było coś wspaniałego, tajemniczego i bardzo egzotycznego. Zapisałem się już następnego dnia. Tak odkryłem nie tylko fascynującą sztukę walki, ale też kulturę Wschodu. Dzięki tym wczesnym doświadczeniom zacząłem interesować się Japonią, Chinami i Indiami. Z roku na rok następowała powolna transformacja mojej percepcji świata i osobistej duchowości.

Kiedy miałem 18 lat postanowiłem zostać wegetarianinem. Miałem dosyć mięsnej diety, choć silny sentyment do ryb i produktów mlecznych, szczególnie jogurtu i różnych rodzajów sera, pozostał jeszcze przez jakiś czas. Z ryb zrezygnowałem dosyć szybko, ale proces całkowitego odejścia od produktów mlecznych był powolny.

Kiedy stałem się wegetarianinem, a później, w 1980 roku, weganinem, większość moich znajomych i członków rodziny nie brała mojej decyzji poważnie. Bycie “wege” nie było wtedy łatwe. Straszono mnie szybką śmiercią, różnymi chorobami. Znajoma lekarka powtarzała mi, że dostanę zrzeszotnienia kości. Głównym problemem, któremu trzeba było stawić czoła, okazała się presja społeczna. Wszystko było zatem kwestią determinacji. Łatwiej jest oczywiście, kiedy bliscy mają podobny styl życia. Teraz mam to szczęście, że moja żona i dzieci także są weganami (córka od urodzenia).

Głównym powodem mojego przejścia na wegetarianizm była naturalna awersja do mięsa i silna empatia dla zwierząt. Nigdy nie myślałem o “wege” jako diecie i o płynących z tego korzyściach zdrowotnych. Tak jest też i obecnie. Mogę powiedzieć, że jestem weganinem jedynie z powodów etycznych i duchowych.

Oczywiście dobrze wiem, że motywacja ludzi decydujących się na dietę bezmięsną jest bardzo różna. Dla jednych jest to powód zdrowotny, dla innych ekologiczny lub nawet estetyczny. Szanuję wszystkie te motywacje i życzę każdemu, kto zrezygnował z mięsa, żeby w swoim postanowieniu wytrwał.

Po ponad 40 latach bycia “wege” stwierdzam, że większość ludzi, którzy wracają do diety mięsnej, robi to z powodu presji społecznej oraz braku determinacji. Oczywiście zdarzają się też przypadki ludzi uznających, że to dieta “wege” była lub jest powodem ich upadku na zdrowiu.

Ja osobiście nie wierzę, że bycie wegetarianinem lub weganinem może osłabić organizm człowieka, wręcz przeciwnie, może go tylko wzmocnić.

W związku z tym, że jestem weganinem między innymi z powodów duchowych, opowiem trochę o szczegółach mojej diety. Proszę jednak pamiętać, że to jest tylko moja osobista praktyka dietetyczna i w żaden sposób nie jest moją intencją promowanie lub namawianie kogokolwiek do przejścia na taką formę weganizmu.

Jestem tak zwanym “Sentient Vegan”. Jest to koncepcja bazująca na filozofii hinduistyczno-tantrycznej i Ajurwedzie, twierdząca, że potrawy należą do trzech kategorii, różniących się od siebie wibracjami, które mają bezpośredni wpływ na poziom fizyczny, mentalny i duchowy człowieka. Pierwsza kategoria potraw, których ja nie jem, to tzw. “Tamasic Food” (nazwa w sanskrycie pochodzi od słów Tama Guna), czyli potrawy statyczne, z mocą statyczną (Static Food), do których należy mięso, ryby, jaja, grzyby, cebula, czosnek i alkohol. Są to potrawy, które według wspomnianej koncepcji są niedobre dla ciała, umysłu i ducha. Druga kategoria to potrawy należące to rodzaju “Rajasic Food” (nazwa w sanskrycie pochodzi od słów Raja Guna), czyli jedzenie mutatywne (Mutative Food) z mocą mutatywną. Do kategorii tej należą potrawy takie jak czekolada, kawa, pikantne przyprawy (na przykład czerwona papryka, czy potrawy sfermentowane), które działają stymulująco i powinny być spożywane okazjonalnie. Trzecia kategoria to tzw, potrawy satwiczne, “Satvic Food” (nazwa w sanskrycie pochodzi od słów Satva Guna), czyli jedzenie z mocą satwiczną (Sentient Food) i do tej kategorii należą potrawy takie jak owoce, większość warzyw, fasole, orzechy, ziarna, zioła i przyprawy. W Indiach do tej kategorii należą także etycznie wytwarzane produkty mleczne, ale ja ich nie zaliczam do tej kategorii. Moja dieta w większości składa się z potraw satwicznych.

Jeśli chodzi o moją radę jak przetrwać początkowe fazy diet bezmięsnych i żyć szczęśliwie jako wegetarianin/weganin, to przede wszystkim nie należy brać sobie do serca krytyki środowiska i rodziny, ponieważ przechodząc na taką dietę nikomu nie zadajecie krzywdy, a wręcz przeciwnie – jesteście obrońcami życia. Na początku organizm różnie reaguje na zmiany dietetyczne, co objawia się np. wydzielaniem z organizmu większej ilości toksyn, tymczasowym spadkiem poziomu pewnych minerałów, czy apatią. Jest to jednak etap przejściowy, który minie, jeśli będziecie mieli zrównoważoną dietę. Jednak moim zdaniem większość obaw związanych z przejściem na wegetarianizm/weganizm ma podłoże psychiczne i to one są główną przeszkodą w wytrwaniu na tej ścieżce dietetycznej. Najważniejsze jest to, by być pozytywnie nastawionym do życia i cieszyć się każdą chwilą. To jest sekret zdrowego życia.

W Polsce byłem nauczycielem akademickim. 30 lat temu przeprowadziłem się do Kanady, a jednym z moich zajęć jest tworzenie ilustracji dla wydawnictw amerykańskich i kanadyjskich – moje prace można obejrzeć na stronie: www.tadmajewski.com . Uczę też w szkole średniej, a oprócz tego jestem instruktorem jogi i medytacji w systemie Ananda Marga. W Polsce, niedaleko Karpacza, znajduje się wspaniały ośrodek tej organizacji: eko-farma Ananda Putta Bhumi. Jeśli ktoś jest zaintersowny tym systemem jogi i diety satwicznej, proszę kontaktować się z hinduskim mnichem, dada Vanditananda, ktory prowadzi ten ośrodek.

Życzę Wam powodzenia!”

Tadeusz Majewski

 

Wykorzystany do zilustrowania wpisu kolaż “Horses” udostępniono za zgodą autora.

Tad Majewski “Horses” [źródło: http://tadmajewski.com]

O autorze

Podobne wpisy

Pozostaw komentarz

Pozostaw komentarz